Recenzja #1
Dziewczyna którą kochały pioruny
Jennifer Bosworth
Mia Price to dziewczyna, którą kochają pioruny. Los Angeles jest jednym z
niewielu miejsc, gdzie czuje się bezpieczna. Do czasu gdy trzęsienie
ziemi niszczy miasto. Wokół panuje chaos. Plaże zmieniają się w
gigantyczne wioski namiotów. Śródmieście jest rumowiskiem. Nocami w
opuszczonych budynkach odbywają się dzikie imprezy. Ich uczestników
przyciąga w ruiny moc, której nie potrafią się oprzeć. Dwie walczące ze
sobą sekty gromadzą coraz więcej wyznawców. I obie widzą w Mii klucz do
wypełnienia dwóch apokaliptycznych proroctw… Tajemniczy Jeremy obiecuje
ją chronić, lecz czy jest tym, za kogo się podaje? Mia nie jest tego
pewna. Wie tylko, że jego dotyk jest bardziej elektryzujący niż
uderzenie pioruna…
Szczerze? Nie wiem co napisać... uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam.
„Nazywam się Mia Price i jestem żywym piorunochronem. (…) Nazywam się Mia Price i jestem piorunoholiczką.”
Naćpana piorunami, to pierwsze i trafne skojarzenie jakie mi przyszło na myśl po przeczytaniu tych słów. Piorun uderzył w ciebie niezliczoną ilość razy, a ty żyjesz i masz się dobrze i ci się to podoba. Fajnie? Fajnie. Ale figury Lichtenberga już takie fajne nie są, a zwłaszcza jeśli twoje całe ciało oprócz twarzy jest nimi pokryte, a na dodatek nie znikają. Mia jest na pewno jest silna psychicznie: L.A. jest ruiną, matka jest chora, brat się od niej oddala no i te figury Lichtenberga.
Sekta Wyznawców i Krąg Tropicieli chcą jej, ona nie chce ich. Boom! Zjawia się chłopak, ale nie taki byle jaki seksowny i inteligentny. Mówi że chce ją chronić, wspomniałam o tym że chciał ją zabić? Chciał, ważne słowo bo nie zabił, a się zakochał.
Książka jest podzielona na 3 części które odliczają do burzy. Burzy która miała zapoczątkować apokalipsę. Na początku każdej części są cytaty które pokochałam, strasznie mi się spodobały.
Na koniec jedno słowo: Polecam!
Avis
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz